Uprzejmie informuję, że należy wchodzić na adres http://blog.thelunaticmoon.com, gdyż za niedługo adres http://www.thelunaticmoon.com będzie sprawował inne funkcje.
Jakoś nie potrafiłem zebrać się na notkę. Ostatnio moje życie jest jakieś takie niepoukładane. Zazwyczaj mam pewien harmonogram którego się trzymam, ale obecnie to bardziej przypomina losowy stos, z którego wyciągam to co wystaje, de facto to co mi przyjdzie do głowy. Tak samo z tą notką.
Cóż, już pewnie wszyscy wiedzą, ale nie czułbym się spełniony gdybym nie napisał tego tutaj…
HAHAHA ZDAŁEM PRAWKO NA B ZA PIERWSZYM RAZEM!!!1!1!eleven!!!
Dobra, chibidown mode off.

Z powodu wyżej wymienionej okazji, mogłem bezstresowo udać się o piątej rano nad pewne upatrzone miejsce i pocykać trochę. Achhh tak mi brakowało tego über dźwięku migawki wydobywającego się z wnętrza korpusiku <3 Mówię wam, nie ma nic lepszego jak kubek ciepłej kawy, nad mglistym porankiem. Chmury ziemskie, jak ja na to lubię sobie mówić w duchu. Idziesz, a wokoło szaro-biała otoczka, niewyraźne kontury wyłaniających się z oddali obiektów, znikająca droga, przebijające się przez korony drzew promienie jutrzenki. Wszędzie cicho, ludzie ciągle śpią, nikt nieznajomy nie kroczy razem z tobą. Idziesz po torach, liczysz belki które wyłaniają się, jedna za drugą, dochodzisz do wiaduktu, siadasz i spoglądając w dół, wyobrażasz siebie na lewitującej wyspie, która sunie gdzieś nad chmurami i prowadzi Cię do nieznanego celu, daleko za horyzontem. Później schodzisz, znikasz pod mostem i krzywisz twarz od napotkanych pajęczyn, oplatających twą twarz, strzepujesz pająki z grzywki i ściągasz parę z karku, co nie zdążyły Ci wpełznąć za kołnierzyk. Udajesz się do lasu, gdzie samotnymi wydeptanymi ścieżkami, kroczysz sobie, gdzie ci się żywnie podoba, bo nikt ci nic nie powie. Spotkasz sarnę, która przebiegnie koło Ciebie, parę zająców i masz szczęście, że dzik Cię nie zaszczycił. Zaczynasz tracić drzewa – jesteś blisko – idziesz w kierunku martwej zawiesiny, która podkręca Ci włosy od swej wilgoci. Docierasz do jądra, ale nie tego conradowskiego, bynajmniej w niej nic ciemnego. Zaczynasz się tracić, widzisz jedynie zarysy przebytej drogi – tak jak w życiu, idziesz do przodu, mogąc jedynie wspominać to co było. Po sesji zdjęciowej, czas na odpoczynek. Termos z kawą i pyszne kanapeczki, nad mglistym jeziorkiem to jest to, co chciałbym robić co dzień. Poczęstowałem okolicznych amatorów porannych połowów, porcją kawy, za co dostałem pyszną rybkę z grilla(mam nadzieję, że nie będę świecił w nocy). Miałem jeszcze trochę kawy, więc udałem się na przeciwną stronę wody, żeby nie zajmować miejsca. Nalałem sobie kolejnej porcji kawy, siedziałem sobie na zwilgotniałym kamieniu, jedną nogą brodzącą w wodzie, drugą podpartą o kolano.


Tak patrzyłem ślepo przed siebie, myśląc o bałwanach i przewracających się korpusach gęstej mgły, która zalewała mnie wokoło. Widziałem w nich, urojone zjawy z przeszłości, personifikacje obaw, tłumione uczucia i skaraną odwagę swojej osoby, która doprowadzi mnie zapewne, do nieuchronnej samotności, spękanej duszy i goryczy. Widzę jednak filigranowy zarys na lustrze wody, zatacza okręgi w moją stronę, interesuje mnie, lecz nie podchodzę, woda za głęboka, utopię się, a postać odpłynie wraz z falami mojej rozpaczy.
Tak oto, mój drogi czytelniku, odchodzę od tego magicznego miejsca. Znikam w lesie, zabieram ze sobą mgłę i otaczam nią swoje życie.

