Dobra konkrety.
Wczoraj był czas na mój upragniony egzamin z kategorii A. Wstałem rano gdzieś koło 4:30, tylko po to żeby wziąć prysznic, wypić kawę i udać się do Rybnika. Gdy dojechałem, spytałem się przejeżdżających policjantów o drogę, po czym po krótkiej konwersacji na temat motocyklów, panowie stwierdzili że mają patrol koło Elektrowni Rybnik, więc mnie zabrali
Gdy dojechałem, miałem półtora godziny na zmarnowanie w poczekalni, jakoś przeżyłem grając w sudoku na komie. Po czym napisałem teoretyczny bezbłędnie i czekałem na praktyczny wiedząc że jestem dwunasty na liście… Później placyk prosta sprawa: slalom, ósemka, wzniesienie, awaryjne. Wszystko zrobione powiedziałbym dobrze, bo nawet pamiętałem o idiotycznym “upewnianiu się” czy można ruszyć, na czym czterech oblało. Gdy już wjechałem do garażu, dowiaduję się, że wynik negatywny. Dlaczego? Otóż, rzekomo wjechałem nie przez linię przerywaną wyznaczoną do wjeżdżania. Jakby to do jasnej cholery miało znaczenie, wjechałem przez ciągła i walnąłem te przeklęte ósemki i to do cholery sprawnie. No ale, pewien przyjaciel z Wawy, jasno mi wytłumaczył czemu to tak się stało, no i nic na to nie poradzę.
Zaraz po tym przeżyłem kastrację moralną. Wyszedłem w ścianę wody i musiałem czekać na autobus. Oczywiście, moje ambicje nie poskąpiły mi wstrzyknąć olbrzymich dawek bólu, prosto w najszersze tętnice w moim ciele, tak żeby się skutecznie rozprzestrzenił po całym ciele, a gdy doszło do rozumu, krew zawrzała , pięść się zacisnęła, zęby zatrzeszczały, dziąsła popękały, włosy zjeżyły, oczy nabrały obłędu. Smak porażki był nie do zniesienia. Roztrzęsiony i cały w furii wracałem do domu. Ogólnie przeżywałem. Pewnie czytając to, myślicie o jakimś dramatyzowaniu, ale tutaj zapewniam, że starałem się odwzorować to co czułem i nie przesadzać. Co mam w zwyczaju rzekomo.
Przeraża mnie, cała gamma negatywnych emocji, która wypływa ze mnie. Złość, zazdrość, zachłanność, egoizm, zmutowana pewność siebie pod postacią megalomanii. Również mógłbym tutaj dorzucić, ambicje dla których dopasowałem jako synonimy słowa “dziecinność” oraz “niedojrzałość”. Znaczy, te emocje zawsze we mnie żyły, jak zapewne w większości z was, ale kiedy zaczynają się rozlewać na płaszczyznę życia towarzyskiego już jest źle. Nie chciałbym widzieć siebie, płaczącego nad gruzami przyjaźni, które tak ciężko mi budować, przeto niewiele ich mam.
Frustracja minęła, mam na wszystko, za przeproszeniem “wyjebane”. Wydaje mi się, że za bardzo przejmowałem się swoim stanem i życiem towarzyskim. Za bardzo się angażuje i mi to nie wychodzi, odpuszczę sobie i będę miał święty spokój, na sercu i w życiu. Tak było najlepiej i chyba będzie do końca.